29 marca 2005, 23:39:49
Moje perypetie z Citibankiem (długie)
No cóż, czasem bywa, że trzeba kredyt zaciągnąć. Z racji posiadania przeze mnie konta w Citibanku, postanowiłem, że sprawdzę co też mają mi do zaoferowania.
Promocja...
na stronie głównej głosi: Kredyt 0%. Oczywiście te tytułowe "zero procent" odnosi się tylko do prowizji, ale niech będzie. Po przeanalizowaniu oferty stwierdziłem, że może być. A ponieważ miałem kilka drobnych pytań postanowiłem zadzwonić na podany numer, żeby dowiedzieć się szczegółów.
Panienka z przewodu...
grzecznie udzieliła odpowiedzi na moje wszystkie pytania, po czym przeszła do konkretów, czyli zaczęła mnie przepytywać na okoliczności kredytu. Skoro mogłem się od razu dowiedzieć co i jak będę spłacał, więc nie oponowałem. Po ustaleniu z żoną zeznań co do wielkości i okresu (kredytu i czasu rzecz jasna) poinformowałem panią o naszej decyzji. Zanotowała sobie i poinformowała, że "dziś to już nie, ale po świętach (we wtorek) to się ktoś odezwie". Podziękowałem i jeszcze chciałem się o coś zapytać, bo jedna rzecz mnie dręczyła, ale skoro pani mówi, że się odezwie, to chyba wie lepiej, nie? Na tym koniec piątku. Cała rozmowa trwała jakieś 15-20 minut.
Czekając na...
telefon z Citibanku liczyłem upływające minuty, godziny, dni... Wróć, do dni nie doszedłem, ale zbliżyła się niebezpiecznie godzina 15, która to jest czasem odpoczynku dla mojego komputera w pracy. Skoro nikt nie zadzwonił, to ja się im przypomnę. "Tak, oczywiście, może Pan, chwileczkę" i inne grzeczności padły ze słuchawki, kiedy opisywałem problem. Na koniec zostałem przekierowany do działu kredytów, jednak gdzieś po drodze musiałem zgubić REFERER, bo kolejny pan zaczął rozmowę od standardowego "w czym mogę pomóc?". Nie zrażony jeszcze, aczkolwiek mający już lekkie podejrzenia wysłałem po raz kolejny mój zestaw nagłówków. Po ustaleniu protokołu transmisji dowiedziałem się, że on może przyjąć zlecenie (a to w piątek nikt nie przyjął?) i jeszcze dziś ktoś zadzwoni. Ponieważ już zawczasu przygotowałem odpowiednie dokumenta, stwierdziłem, że jednak osobiście je zaniosę do oddziału. Pan się ucieszył, poinformował mnie, gdzie mam oddziały (jakbym nie wiedział!) przy okazji kalecząc niemiłosiernie nazwy 3 z 4 wymienionych głównych ulic Stolicy Królestwa Podziemnej Pomarańczy. Podziękowałem, wysłałem DISCONNECT i zacząłem procedurę work.shutdown().
Wielka Awaria Poświąteczna...
w całym Citibanku, w związku z czym wszelkie sprawy kontaktowe załatwiane są telefonicznie, zamiast elektronicznie. Co po części wyjaśnia żółtą fiszkę przekazaną, po moim przedstawieniu się, osobie odpowiedzialnej za dalsze poprowadzenie sprawy. Usiadłem sobie wygodnie i po raz n-ty (przy n-> ∞ ) wyłuszczyłem swój problem. Pan wykazał zrozumienie i zaczął mnie pytać o uzgodnione warunki (O_o), bo mają kłopoty z systemem. Przywołałem więc na pamięć moją pierwszą rozmowę i powiedziałem panu wszystkie informacje włącznie z oprocentowaniem i wysokością rat. Chciałem już sięgnąć po formularz, kiedy zorientowałem się, że siedzę jednak po przeciwnej stronie biurka, monitor jest tyłem do mnie, a klawiatura do góry nogami (znaczy spacja nie po tej stronie, do której byłem przyzwyczajony; nie, nie od spodu, po prostu bliżej mi było do F-ów niż do spacji). Więc to pan jednak sięgnął po formularz i zaczęło się...
Wielkie Wypełnianie...
kolejnych rubryczek. Imię, nazwisko, adres, telefon, nazwisko panieńskie matki, praca, pensja itd. Do znudzenia, znaczy się do końca formularza, który na koniec został obrócony w bardziej logiczny dla mnie sposób (nie, żebym nie widział, co ten gościu tam wydrapuje piórem, ale zawsze to wygodniej z lewej na prawą). Zacząłem powolne i żmudne, acz nieuniknione zapoznawanie się z regulaminem gwałcącym podstawowe zasady WAI/WCAG (font:5px/6px sans-serif !important). Kiedy dobrnąłem mniej więcej do połowy, uwagę moją przykuło mruczango pana o jakiś procentach. Pokazał mi monitor, na którym widniały jakieś 4.5% prowizji, których tam być nie powinno. Odłożyłem więc długopis, z ulgą odsuwając mrówcze literki i ponownie wyjaśniając, że na stronie głównej... Oczywiście moje wcześniejsze wątpliwości znowu wskoczyły na płat czołowy. Słusznie zresztą, bo pan powiedział, że ta promocja to owszem ale "warunkiem jest złożenie wniosku przez Internet".
Pierwsza próba...
wyklarowania sytuacji, spełzła na niczym. Oczywiście ten pan rozumie, że tak mi powiedziano na infolinii, ale on nie może i bla bla bla. Zadzwonił nawet wspaniałomyślnie do DC, żeby się upewnić. Niestety (dla mnie) nie ma innej możliwości. Powiedziałem, że teraz będę uparty, bo mnie ktoś świątecznie robi w jajo. "Ale my nie możemy, mamy procedury" i tak dalej. To o kant rzyci potłuc takie procedury, skoro przez telefon puszczają takie gadki, a się okazuje, że panienka wkopała mnie w 4.5% prowizji. Prośby, groźby i błagania nic nie dały. Pan się zaciął na fragmencie "warunkiem jest złożenie wniosku przez internet" i jak ten gramofon mojego dziadka na każde pytanie odpowiadał w ten sam sposób. Po krótkim pożegnaniu wyszedłem z oddziału celem powrotu do domu, po drodze
Odwiedzając konkurencję,
którą był mBank. Wszedłem z zamiarem ustalenia warunków przeniesienia konta, bo poczułem się oszukany. Widać Citibank nie dba o klientów ze stażem, wolą mamić nowych. 5 minut rozmowy i wyszedłem bogatszy o kilka instrukcji. Z braku odpowiednich dokumentów musiałem przełożyć czynności formalne na inny termin.
W domu
postanowiłem zrobić kolejne podejście do Kredytu ala Citibank. Usiadłem przed komputerem, wklepałem adres i zacząłem pieczołowite klikanie kolejnych linków grafik i strzałek w celu dojścia do formularza. W końcu otrzymałem jego pierwszą stronę i zacząłem pieczołowicie ją wypełniać. Widać za głupi jestem, skoro do tej pory się jeszcze nie zraziłem, ale Citibank zadbał jednak, żeby wypełnienie formularza na stronie dostarczyło niezapomnianych wrażeń. Otóż po kliknięciu na przycisk "Dalej" miałem nadzieję, na przejście do dalszej części wniosku. Nic bardziej błędnego, bo nic się nie stało. Żadnych fanfar, fajerwerków. Nawet marnej pozytywki. Nic! Prawie - w rogu okienka pojawiła się czerwona ikonka z wykrzyknikiem, dobrze znana z prób naprawiania łebskich skryptów JS po webwasterach. No to
Za telefon
i dzwonimy. Oszczędzę szczegółów rozmowy, poza kilkoma kwiatkami. Otóż pan na (dez)infolinii powiedział, że źródłem moich problemów może być... [werble] firewall! I żebym go wyłączył. Oczywiście na wstępie wybiłem mu z głowy próby przekonania mnie do użycia "IEdynej słusznej". Po wypróbowaniu 3 przeglądarek na 2 systemachi 2 komputerach pan stwierdził, że to jednak moja wina, bo oni mogą wypełnić formularz. Postanowiłem użyć ostatnio nauczonego chwytu "press-siduo" i palnąłem, że całą sytuację opiszę w artykule, który właśnie piszę na temat dostępności stron dla różnych przeglądarek. Machnąłem jeszcze na koniec dyrektywami UE co do tworzenia stron i zostałem dopuszczony przed
Oblicze majestatu działu technicznego,
z którym to pan się porozumiewał dając mi jedynie 3 takty muzyki do słuchania. Tam rozmowa potoczyła się już sprawniej. Po ustaleniu konkretów (system, przeglądarki) zapewniono mnie, że problem będzie rozpatrzony i zostanę telefonicznie powiadomiony. Zadowolony dokonałem przetworzenia danych osobowych pana "technicznego" na żółtej karteczce i się rozłączyłem. Oczywiście złożenie wniosku inną drogą niż Internet, nawet przy zaistniałej sytuacji, wiąże się z opłatą 4.5% i nie ma innej możliwości. Kropka. Postanowiłem jednak spróbować
Wypełnić wniosek
"metodami czołgowymi". Ponownie zasiadłem na stanowisku, zmniejszyłem okno do rozmiarów umożliwiających jednoczesne obserwowanie konsoli JS, źródła strony jak i podręcznych notatek i rozpocząłem wypełnianie formularza. Po mniej więcej 30 minutach (początek był trudniejszy) otrzymałem informację o udanym przesłaniu wniosku kredytowego. A moje działania sprowadziły się tylko do obserwowania błędów w konsoli i ręcznym ich naprawianiu przy użyciu nieśmiertelnego "javascript:void(...);" w pasku adresu. Teraz czekam na telefon z informacją, że "specjalistom" z Citi się udało problem rozwiązać. 
Epilog
Taka mnie nachodzi refleksja, jakie trzeba mieć kwalifikacje, żeby pracować jako informatyk w banku. Strona Citibanku od prawie 2 lat wisi w Osiołkach, bo matołkom nie chce się ruszyć tyłka i poprawić detekcji przeglądarki. Nakłonienie ich do zauważenia Mozilli zajęło nam chyba około roku. Myślę, że główną umiejętnością osób technicznych musi być skuteczne spławianie klienta. Dopiero postraszenie gazetą (zupełnie jak szczeniaka) odnosi pożądany skutek. No cóż, poczekamy - zobaczymy. Wg mnie poprawienie tych kilku deklaracji zmiennych nie powinno zająć więcej niż kilkadziesiąt minut. Doliczając testy możemy mówić o 1-2 dniach. Hmm... ee, chyba ich przeceniam. 
![:]](/files/e06.gif)

