Wpis na 0. poziomie
Zainspirowany notką na niecodzienniku postanowiłem opisać sytuacje sprzed kilku dni.
Wracaliśmy we trójkę (ja, małżonka i 4-latek) do domu. Pogoda była raczej nieciekawa - cały czas padało na przemian z siąpieniem. Pod wiatą przystankową już zebrany całkiem spory tłumek. Znalazło się jednak miejsce jeszcze na naszą trójkę. W pewnym momencie czuję dość charakterystyczny zapach. Odwracam się i widzę chłopaka (na oko 20 lat, krótko obcięty, mina typu "nikt mi nie podskoczy") ze świeżym papierosem w pysku.
- Przepraszam, ale czy mógłby pan zgasić tego papierosa?
- [krótkie spojrzenie w stylu "czego ty ode mnie chcesz człowieku"]
- Prosiłem, żeby pan zgasił papierosa, tu jest miejsce publiczne. Ani ja ani moja rodzina nie mamy ochoty na wdychanie tego smrodu.
- A co? Zabronione jest?
- Owszem, według ustawy palenie nie jest dozwolone w miejscach publicznych.
W tym momencie moja żona już lekko zielona twierdzi, że jest jej niedobrze. Ponieważ gówniarz nadal zadzierał nosa stwierdziłem głośno, że jego kaptur jest doskonałym miejscem gdzie może ulokować treści żołądka. Oczywiście się tym nie przejął tylko coś zaczął bełkotać pod nosem (zapewne jakieś inwektywy pod adresem mojej rodziny na 3 pokolenia wstecz). W tym momencie mi skoczyła adrenalina i w duchu postanowiłem, że jak ten cymbał się stąd nie usunie to go tak strzelę w pysk, że się udławi tym papierosem. Żona nie wytrzymała i wyszła na deszcz.
- Prosiłem, żeby pan zgasił papierosa. Wyrażam się niejasno, czy mam wytłumaczyć w inny sposób?
Być może moją determinację było już widać na twarzy (choć wątpię, żeby jego inteligencja była w stanie to zinterpretować), bo gość burcząc wyszedł spod wiaty i się oddalił.
W całym tym zdarzeniu martwi mnie tylko fakt, że nikt z osób zebranych na przystanku (nawet tych, którzy mocno wykręcali nosy na dym papierosowy) nie zareagował w żaden sposób. Każdy odwracał głowę w milczeniu jakby się bali, że palacz zacznie strzelać do wszystkich, którzy staną po mojej stronie.
I proszę mi nie mówić o "biednym niewolniku nałogu", bo palaczem jest się z wyboru. A skoro kogoś rajcuje wprowadzanie do swojego organizmu kilogramów trucizny to niech to robi z dala od innych. Nawet na deszczu czy mrozie. Arogancja większości palaczy doprowadziła do tego, że nie jest mi ich wcale żal. Skoro oni nie liczą się z niepalącymi, to dlaczego ja mam się liczyć z nimi?