26 maja 2005, 14:54:06
Palaczom mówię NIE!
Zainspirowany notką na niecodzienniku postanowiłem opisać sytuacje sprzed kilku dni.
Wracaliśmy we trójkę (ja, małżonka i 4-latek) do domu. Pogoda była raczej nieciekawa - cały czas padało na przemian z siąpieniem. Pod wiatą przystankową już zebrany całkiem spory tłumek. Znalazło się jednak miejsce jeszcze na naszą trójkę. W pewnym momencie czuję dość charakterystyczny zapach. Odwracam się i widzę chłopaka (na oko 20 lat, krótko obcięty, mina typu "nikt mi nie podskoczy") ze świeżym papierosem w pysku.
- Przepraszam, ale czy mógłby pan zgasić tego papierosa?
- [krótkie spojrzenie w stylu "czego ty ode mnie chcesz człowieku"]
- Prosiłem, żeby pan zgasił papierosa, tu jest miejsce publiczne. Ani ja ani moja rodzina nie mamy ochoty na wdychanie tego smrodu.
- A co? Zabronione jest?
- Owszem, według ustawy palenie nie jest dozwolone w miejscach publicznych.
W tym momencie moja żona już lekko zielona twierdzi, że jest jej niedobrze. Ponieważ gówniarz nadal zadzierał nosa stwierdziłem głośno, że jego kaptur jest doskonałym miejscem gdzie może ulokować treści żołądka. Oczywiście się tym nie przejął tylko coś zaczął bełkotać pod nosem (zapewne jakieś inwektywy pod adresem mojej rodziny na 3 pokolenia wstecz). W tym momencie mi skoczyła adrenalina i w duchu postanowiłem, że jak ten cymbał się stąd nie usunie to go tak strzelę w pysk, że się udławi tym papierosem. Żona nie wytrzymała i wyszła na deszcz.
- Prosiłem, żeby pan zgasił papierosa. Wyrażam się niejasno, czy mam wytłumaczyć w inny sposób?
Być może moją determinację było już widać na twarzy (choć wątpię, żeby jego inteligencja była w stanie to zinterpretować), bo gość burcząc wyszedł spod wiaty i się oddalił.
W całym tym zdarzeniu martwi mnie tylko fakt, że nikt z osób zebranych na przystanku (nawet tych, którzy mocno wykręcali nosy na dym papierosowy) nie zareagował w żaden sposób. Każdy odwracał głowę w milczeniu jakby się bali, że palacz zacznie strzelać do wszystkich, którzy staną po mojej stronie.
I proszę mi nie mówić o "biednym niewolniku nałogu", bo palaczem jest się z wyboru. A skoro kogoś rajcuje wprowadzanie do swojego organizmu kilogramów trucizny to niech to robi z dala od innych. Nawet na deszczu czy mrozie. Arogancja większości palaczy doprowadziła do tego, że nie jest mi ich wcale żal. Skoro oni nie liczą się z niepalącymi, to dlaczego ja mam się liczyć z nimi?
Możesz przejść na koniec i zostawić komentarz lub umieścić trackback ze swojej strony.
My first Deviation Następny wpis:
Obecnie „na tapecie”

Nina powiedział(a):
26 maja 2005 o 15:10:12
Odkąd pamiętam u mnie w domu paliło się papierosy. Paliła babcia z którą mieszkaliśmy, palił tata i paliła mama. Zasada była taka, że nie pali się w pokoju dzieci i w towarzystwie dzieci, a także osób, które sobie tego nie życzą. Babcia rzuciła palenie z racji choroby, a ojciec nie pali od 6 lat bo to był warunek, który mama postawiła tuż przed zakupem komputera. Sama oczywiście pali.

Teraz gdy od 11 lat mieszkamy sami (bez babci), w domu pali tylko mama. W dalszym ciągu jest zakaz palenia w pokoju dzieci (przynajmniej u siebie mogę oddychać jako takim powietrzem), a w trakcie imprez pali się w kuchni lub na balkonie. Swego czasu umieściłam w pokoju żarówiastą tabliczkę z napisem "zakaz palenia" bo mama kilka razy z rozpędu wylądowała z papierosem w moim pokoju.
Do rzucenia jej nie namówię, nie działają na Nią żadne argumenty bo ona po prostu LUBI palić i chociaż jest (podobno) nałogowcem to umie się powstrzymać od palenia papierosów w miejscach publicznych. Nie pali na ulicy, na przystankach, rzadko na balkonie. W knajpach i na imprezach na których można palić - również z tego rezygnuje dla dobra niepalących. Cieszę się, że nie ignoruje osób, które nie palą.
Osobiście zadymionych miejsc unikam. Nie wyrobiłabym na prąd, wodę i proszek do prania gdybym wiecznie chodziła w ubraniach przesiąkniętych tym smrodem
26 maja 2005 o 15:20:11
U mnie w domu nałogowym palaczem jest mój ojciec. Żadne argumenty do niego nie docierają. Nawet wtedy, gdy odwiedził nas w momencie, gdy żona z dzieckiem wyjechali na wakacje nie mógł zrozumieć czemu wyganiam go na balkon z papierosem:

- Przecież Anki i Michała nie ma!?
- Ale ja jestem!
W domu nie mamy popielniczek a zapałki czy zapalniczka służą raczej do zapalania gazu i świeczek.
Przypomina mi się sytuacja, kiedy koleżanka chciała ode mnie pożyczyć pieniądze "na fajki". Oczywiście stanowczo odmówiłem. Przez kolejną godzinę groziła, błagała, przeklinała itd. żebym tylko jej dał te kilka złotych. Nic z tego, nie dałem się namówić.
Nina powiedział(a):
26 maja 2005 o 15:20:50
Rety, masz syna, który Michał ma na imię? :o
26 maja 2005 o 15:21:40
Erm, a co w tym złego?
Nina powiedział(a):
26 maja 2005 o 15:22:26
Ask my parents
26 maja 2005 o 17:08:52
Podejrzewam, że łatwiej będzie Ciebie zapytać
Nina powiedział(a):
26 maja 2005 o 17:16:35
Mój młodszy brat ma tak na imię. Diabeł wcielony. Mam nadzieję, że imiona nie mają, aż takiego wpływu na charakter człowieka, chociaż czasami zauważam pewne podobieństwo w zachowaniu osób o tym samym imieniu
26 maja 2005 o 17:21:12
Ach, o tym mówisz.
Fakt, położna w szpitalu powiedziała, że wszystkie Michały i Kuby to do jednego worka i wywieźć gdzieś daleko
Nie powiem, łobuziak jest i potrafi mocno dokuczyć. Widać jednak imię odwzorowuje charakter.
26 maja 2005 o 17:33:32
Ja paliłem przez dwanaście lat. W koncu udało mi się rzucić, tylko dziś nie podchodzę do palaczy tak ortodoksyjnie jak niepalący, ani tak megaortodoksyjnie jak neofici, którzy rzucili, więc "ty też możesz" (każdy palacz wie, jaką katorgą jest mieć szefa, który rzucil palenie). Samo palenie owszem, jest wyborem -- jednak nałóg jest już rzeczą, która pojawia się "przy okazji" i trudno się go pozbyć.
No dobra, żeby nie było, że bronię jakiegoś drecha: nigdy nie paliłem pod wiatą przystanku (czy w innym publicznym miejscu) i zawsze uważałem, że zwyczajnie nie wypada zadymiać tych, którzy wcale nie muszą sobie tego życzyć. A co do tych innych ludzi, którzy nie zwrócili kolesiowi uwagi -- parę dni temu w moich urokliwych Suwalkach 76-letnia staruszka zwrócila na ulicy uwagę szesnastolatkowi w dresie, że nie wolno przeklinać. Gówniarz tak ją skopał, że znalazła się w szpitalu. Kumpel zwrócił raz uwagę kolesiowi, żeby nie tłukł swojej dziewczyny (też na ulicy) i dostał za to nożem, na szczęście niegroźnie. Częściowo rozumiem tych ludzi: po co się mieszać -- albo to wiadomo, co takiemu do łysego łba strzeli?
26 maja 2005 o 17:34:38
Rozwiązanie: Spalić palaczy.
26 maja 2005 o 17:56:48
Bo łobuzeria się czuje bezkarna. Gdyby ludzie inaczej reagowali na takie sytuacje, to byłoby ich zdecydowanie mniej. A tak gość wyrywając kobiecie torebkę czy kopiąc dzieciaka bo nie chciał oddać komórki wie, że nikt mu nic nie zrobi, bo się wszyscy go boją. Ale gdyby kilku takich łobuzów zostało zlinczowanych przez przechodniów od razu by się trochę bezpieczniej zrobiło.
Tylko do tego trzeba by zmienić polskie prawo, bo co z tego, że obije gnojowi mordę, że mi wlazł do mieszkania jak za tydzień dostanę wezwanie za czynną napaść.
A policja woli się zająć Kowalskim, co to skopiował sobie Windows od kolegi albo staruszką, bo jej łatwiej przejść przez jezdnie tam, gdzie wyszła ze sklepu niż skorzystać z przejścia czy kładki 400 metrów dalej.
26 maja 2005 o 18:28:36
Wiem, to trochę mentalność tłumu uciekającego przed jednym człowiekiem "bo nie wiadomo, komu pierwszemu w mordę da". Łobuzeria z kolei wie, że w pewnym wieku można zrobić wszystko i grozi za to tylko sąd dla nieletnich. Kiedy przez jakiś czas pracowałem w OHP, widziałem jak jeden gnojek potrafi sterroryzować całą klasę, choć gdyby wszyscy razem mu wpieprzyli, nie poradziłby sobie -- i widziałem dresika mówiącego: "Jak mnie suka obsadzi, to ją zaje... I tak nic mi nie zrobią, bo nie mam szesnastu lat". I myślę, że to problem nie tyle prawa, ile mentalności. Jeśli dwudziestu przechodniów zlinczuje jakiegoś drecha, żaden nie poniesie konkretnej kary, bo zwyczajnie nie da się znaleźć jednego winnego -- a jeśli dodatkowo media nagłośnią sprawę, skończy sie na uniewinnieniu. Ale czy to wiadomo, komu pierwszemu w mordę da?
26 maja 2005 o 22:42:07
U mnie w domu miałem ten problem, że jak zwracałem uwagę na palenie przy mnie, to kończyło się na „Nie szalej, przecież to ci nie szkodzi.”, co potrafi doprowadzić niemal do białej gorączki. A jak się zwróci uwagę takiemu palaczowi, który olewa sobie innych współdomowników i wpuszcza dym do środka, to pojawia się argumentacja o należytym braku szacunku itp. (mówię oczywiście o sytuacji w rodzinie). Palacze to niestety kompletnie niereformowalna grupa - można się pocieszać jedynie tym, że kiedyś wyginą. Podobno zresztą ludność zajmuje się piciem i paleniem głównie w systemach totalitarnych, bo w nich nie ma nic do roboty.
Problem z dresami wynika po części z zakazu posiadania broni przez zwykłych obywateli. Kilka ofiar śmiertelnych pomogłoby na pewno oczyścić atmosferę na polskich przystankach. Można oczywiście argumentować, że to zbyt surowa kara dla palaczy. Ale jeśli ktoś świadomie niszczy zdrowie innym osobom i nie chce tego zaprzestać, to nie widzę powodu, aby go nie potraktować w ten sposób (co nie znaczy, że nawołuję do tego, aby wyjść na ulice i wystrzelać palaczy. Ale jestem sobie w stanie wyobrazić sytuacje, w których sfrustrowani obywateli by tak zrobili. I wcale bym wtedy ich nie żałował.).
Lichurec powiedział(a):
26 maja 2005 o 23:45:28
Nie pale.. w rodzinie nie pali sie od ladnych n lat. Mama zucila, jak pojawil mi sie brat (ponad 15 lat temu), tato pare lat temu.. z reszta - od kiedy pamietam zawsze 'palilo sie" na balkonie / klatce schodowej.. dym w domu jest mocno "niedopuszczalny".. sam zwracam uwage "postronnym" stosunkowo zadko, chyba ze faktycznie sytuacja mnie "drazni".. jak np. na badaniach w WKU gdzie przesiedzialem prawie godzine pod gabinetem (odebrac juz wszystkie papiery) bo "panie z komisji" zamknely sie na "ploteczki i papieroski".. $&^%%# jego )(*&(^
sporo moich znajomych pali - jednak kazdy szanuje "nie" niepalacych - i podczas wspolnych spotkan pali sie "na boku", badz przynajmniej nie w kierunku (jesli to jest np. Pub gdzie i tak jest szaro)..
Co zas do mentalnosci tzw. "spoleczenstwa".. czasami szkoda slow.. zarowno na reakcje "postronych", znajomosc polskiego prawa / przepisow, jak i na "poczucie odpowiedzialnosci" odpowiednich instytucji panstwowych..
PS
Co do imienia - Yano.. aj ci juz wspominalem, ze bedziesz mial z Malenstwem sporo "zabawy wychowawczej"..
L. (tez Michal)
Nina powiedział(a):
27 maja 2005 o 08:18:41
Ja wiedziałam, że to diabelskie zachowanie to z powodu imienia. Ja wiedziałam, a nikt mi nie wierzył

Inna sprawa, że ja do Michałów to mam wielką słabość, oj wielką. I złego słowa na żadnego Michasia nie dam powiedzieć bo każdy którego znam to wspaniały facet. A co drugi facet, którego znam to Michał
dan.jogger.pl powiedział(a):
27 maja 2005 o 19:08:01
Nina-> przykro, że masz palacza w rodzinie :-(
Yano-> podziwiam, nie wiem czy sam bym się odważył :-(
Do palaczy: śmierdzi od was, po prostu śmierdzi, nawet kiedy nie palicie, nic nie pomoże: śmierdzą wasze ubrania, śmierdzi wam z ust
27 maja 2005 o 19:18:35
Heh, podejrzewam, że gdyby to chodziło tylko o mnie, to bym na gościa splunął w myślach i poszedł gdzie indziej. Ale jak jestem z rodziną to co innego. Wtedy lepiej nie wchodzić mi w drogę, bo jestem zdolny do wszystkiego.
Gandalf powiedział(a):
30 maja 2005 o 03:01:49
Yano: jak jestes bez rodziny i sie wkurzysz, to tez lepiej nie wchodzic Ci w droge
Master powiedział(a):
13 września 2006 o 01:43:15
Mysle,ze to przesada z tym wyzywaniem sie nad "gowniarzem" na przystanku. Rozumiem te Twoje "obawy",ale na dworze wiecej zaszkodza Ci spaliny wydalane z przejezdzajacych obok samochodow niz ten dym od papierosa goscia...Choc zawsze to dzialanie szkodliwe, wiec miales oczywiscie prawo. Tylko czy bylo trzeba az tak sie denerwowac:>>???? ... Nie pale papierosow, nikt u mnie nie pali. Mimo to uwazam,ze zdrowo przesadzasz odnoszac sie tak do osob palacych
Master powiedział(a):
13 września 2006 o 01:44:45
a moze masz racje
dag powiedział(a):
18 stycznia 2007 o 00:34:44
popieram twoją reakcję!!!! chętnie sam wymierzyłbym temu smarkowi karę...Pozdrawiam