Wpis na 1. poziomie
W związku z poprzednią notką chciałem napisać kilka słów o szpitalu, w którym ostatnio spędzam dość dużo czasu. Mam nadzieję, że przyda się to ewentualnym przyszłym rodzicom mieszkającym lub mających zamiar zamieszkać w Poznaniu.
Mowa o Ginekologiczno-Położniczym Szpitalu Klinicznym przy ul. Polnej. Swojego czasu szpital zebrał sporo niepochlebnych opinii, co (na szczęście) wyszło na dobre, bo wyciągnięto odpowiednie wnioski z tej lekcji.
Obsługa szpitala składa się oczywiście z ludzi, a ci (jak wiadomo) bywają różni. Ja miałem to szczęście, że trafiałem na tę lepszą część i poza kilkoma przypadkami, kiedy musiałem się postawić, nie mam na co narzekać. Być może Villi będzie miała inne zdanie w tym temacie.
Dla odwiedzających
Zwykle goście docierają do szpitala przez wejście dla odwiedzających, które jest dość niepozornie oznaczone i znajduje się praktycznie na tyłach szpitala. Najpierw schodki w górę do wejścia. Potem w dół do piwnicy, gdzie znajduje się szatnia i automaty z ochraniaczami na obuwie i fartuchami ochronnymi (o których jeszcze wspomnę). Następnie należy pokonać labirynt korytarzy, mijając po drodze bufet, żeby dotrzeć wreszcie do wind. Osoby mające kłopoty z orientacją w terenie powinny się mieć na baczności. Ja już po pierwszej wizycie nauczyłem się jak wejść na teren szpitala nie korzystając z tego wejścia. Po prostu nie lubię niepotrzebnie nadkładać drogi, kiedy mogę się szybko i bezproblemowo znaleźć od razu przy windach. Wyjście odbywało się już przez wspomniany labirynt, gdyż moje „tajne przejścia” były zamykane na wieczór.
Personel i obsługa
Nie mam większych zastrzeżeń. Na oddziale ginekologiczno-położniczym (I) odnotowałem tylko jeden drobny zgrzyt (ciekawe, że pacjent szpitala nie ma dostępu do zapisanych w karcie informacji o przebiegu swojego leczenia). Poza tym położne były miłe i nie sprawiały żadnych kłopotów. Zostałem mianowany przez jedną z nich „panem od kawy”, kiedy postanowiłem wywalczyć swoje 3,50 zł połknięte przez żarłoczny automat.
Walka odbywała się na płaszczyźnie ja–serwis automatów. Zwycięska, bo oddano mi całe 5 zł. 
Na oddziale porodowym było ciut gorzej, choć składam to na karby wyjątkowo ruchliwego dnia. Na salę porodową żona czekała 3 godziny na korytarzu. W ogóle tego dnia był straszny kocioł w szpitalu. Do tego stopnia, że — z braku wolnych miejsc na „porodówce” — została zamknięta izba przyjęć. Na salę operacyjną weszliśmy dopiero o 19:30, czyli po 4 godzinach w sali porodowej.
Na dzień dobry zostałem potraktowany bardzo chłodno przez jedną z kobiet, która dość dobitnie przypomniała mi o biurokracji panującej w szpitalu, wymagając ode mnie papierów potwierdzających załatwienie wszelkich formalności w związku z porodem rodzinnym. Oczywiście nie zapomniała wspomnieć kilkakrotnie o kosztach z tym związanych. Dopiero po powołaniu się na lekarza prowadzącego i moim stanowczym postawieniu sprawy, że bardziej mi zależy na samopoczuciu żony niż na jakiejś durnej papierkowej robocie zostałem wpuszczony dalej.
Później jednak obsługa była bardziej przyjazna. Nie mogę nie wspomnieć tu pewnej młodej dziewczyny (zapewne stażystki), która — mimo całego zamieszania i biegania — była bardzo miła zarówno dla nas jak i dla innych pacjentek. Nawet dzisiaj, kiedy czekałem na godzinę wizyt, czytając książkę w holu, poznała mnie i pierwsza się przywitała. Później od żony dowiedziałem się, że ją odwiedziła, żeby chwilę porozmawiać. Pani Renato — dziękuję w imieniu swoim, żony i syna.
Podziękowania należą się też dwóm obcokrajowcom (także wyglądali na stażystów), którzy uczestniczyli przy operacji i również nie mieli problemów z rozpoznaniem mnie na drugi dzień.
Dużym plusem jest możliwość wejścia na salę operacyjną. Trochę dziwnie się czułem oglądając jednym okiem nowo narodzonego syna a drugim zerkając w stronę żony otoczonej przez gromadkę chirurgów. Udzielono mi naprawdę wyczerpujących informacji i odpowiedziano na wszelkie pytania. Oczywiście przed wejściem zostałem zaopatrzony dodatkowo w czepek i maseczkę na twarz (fartuch i ochraniacze na obuwie były bezwzględnym wymogiem wejścia na oddział).
Na oddziale poporodowym (a dokładniej położniczym III) jest poprawnie, więc nie ma o czym się rozpisywać. Co mi się nie podobało, to niekonsekwentne przestrzegane przepisów. Otóż na całym oddziale obowiązuje odzież ochronna — zarówno ochraniacze na obuwie jak i fartuchy. Niestety połowa odwiedzających nie traktuje tego poważnie. A szkoda, bo znajdują się tu kobiety po operacji oraz noworodki. Na temat funkcjonalności wspomnianych ochraniaczy się rozpisywać nie będę, ale uważam, że skoro taki wymóg istnieje, to należy go przestrzegać. Tym bardziej, że konsekwencje mogą być o wiele większe niż jazda samochodem na terenie zabudowanym z prędkością 65km/h. I tu piętno ogniste dla obsługi, że nie goni kretynów traktujących szpital jak swoisty spacerniak czy dom schadzek.
Drugim przepisem jest ograniczenie liczby odwiedzających do dwóch osób na pacjentkę. Może się to wydawać dziwne, ale jeśli weźmiemy pod uwagę przepełnienie szpitala, krótki czas odwiedzin i dość niewielkie pokoje, to przekonujemy się o słuszności tego przepisu. I tak na przykład dzisiaj do pokoju o powierzchni około 20m² (z czego część zajmuje łazienka z toaletą), gdzie leżały 3 kobiety, do jednej z nich wparowało 6 osób z rodziny (szczęśliwy tatuś, babcia, ciocia, dziadek, druga babcia i wujek). Pomijam drobny szczegół, że tylko troje z nich zaopatrzyło się w wymagane ochraniacze. Tatuś, ciocia i jedna z babć takiej potrzeby nie widzieli. Do tego wszyscy musieli koniecznie pomacać nowego członka rodziny (raptem kilkunastogodzinnego) po twarzy, rączkach i nóżkach. Widać higiena jest im zupełnie obcym pojęciem. Nie muszę wspominać, że w ciągu kilku minut w pokoju zrobiło się nieznośnie duszno i nawet ja miałem kłopoty z oddychaniem. A co miały powiedzieć dziewczyny, które kilkanaście godzin wcześniej miały cesarkę czy przeżywały skurcze parte? Oczywiście personel oddziału nie zareagował ani razu.
Noworodki
Na oddziale noworodków wita nas idealna sterylność. Niestety przepełnienie daje o sobie znać i syna mogłem obejrzeć raptem przez krótką chwilkę, kiedy wprowadziłem żonę na salę. Potem zostałem bardzo grzecznie („naprawdę niezmiernie mi przykro, ale takie mamy rozporządzenie”) acz stanowczo wyproszony na zewnątrz. Nie protestowałem, gdyż rozumiem sytuację. Natomiast matka może przebywać na oddziale bez ograniczeń. Nie było też kłopotów z uzyskaniem szczegółowych informacji o stanie dziecka.
Sam oddział jest podzielony na kilka mniejszych i naprawdę bogato wyposażony. Widać nowoczesny sprzęt. Kilka wolnych inkubatorów stoi na oddziale intensywnej opieki. Człowiek w istocie ma pewność, że dziecko znajduje się w bezpiecznych rękach.
Zaraz przy samym wejściu znajduje się kuchnia mleczna, czyli pokój, gdzie matka może w spokoju zadbać o to, żeby jej dziecko dostało pokarm naturalny zamiast różnych ekwiwalentów. Niby drobiazg, ale jakże istotny.
Podsumowanie
O „Szpitalu na Polnej” nasłuchałem się wielu rzeczy. 4 lata temu większość z nich raczej zniechęciła mnie do tej placówki. Dziś mogę z własnego doświadczenia wydać ocenę pozytywną. Do „bardzo dobrej” zabrakło trochę konsekwencji w egzekwowaniu rozporządzeń rozwieszonych praktycznie po całym szpitalu (czyli widocznych dla odwiedzających) i drobny problem w uzyskaniu informacji z karty pacjentki. Poza tym nie mam większych zastrzeżeń.
Zdaję sobie sprawę, że ta ocena nie musi oddawać rzeczywistego stanu. Także do ostatecznego opuszczenia szpitala pozostało trochę czasu i może ona ulec zmianie. Opisałem tylko to, co widziałem osobiście oraz swoje własne subiektywne odczucia do chwili obecnej. Pozostaje żywić nadzieję, że tak będzie do końca.