Nieruchomości - kupno, sprzedaż, wynajem. Citymark

yano78@jabber.org

06 grudnia 2005, 23:43:38

A może jednak przeczytacie?

Tytuł tej notki nawiązuje do wpisu na joggu Riddla. A ponieważ dziad jeden wyłączył komentarze, więc muszę stworzyć specjalny wpis. ;) Z drugiej jednak strony już wcześniej miałem się wypowiedzieć w temacie czytelniczym, a skoro się nadarza okazja, to czemu nie?

Odkąd sięgam pamięcią, to zawsze czytałem. Z relacji moich rodziców wynika, że czytać nauczyłem się w wieku 3-4 lat, co jest raczej niebywałym osiągnięciem. Rodzice mając dosyć już moich ciągłych „a co to za literka?” kupili zestaw plastikowych literek do nauki czytania dla 7-latków („Pani, to nie dla takiego dzieciaka. Toż te literki do szkoły są!”). Na efekty nie trzeba było długo czekać. W przedszkolu było nas dwóch, którzy czytali dzieciom bajki, a panie w tym czasie wychodziły na kawkę, papieroska i ploteczki.

Potem przyszła szkoła i lektury. W podstawówce jeszcze nie było tak źle — odznaka wzorowego czytelnika do tej pory leży gdzieś w kartonie. Schody zaczęły się później.

To co teraz napiszę będzie bardzo niewychowawcze, bo w szkole średniej przeczytałem w całości może ze dwie książki. Nie dlatego, że miałem kłopoty z czytaniem. Po prostu nie lubię, kiedy się mnie do czegoś zmusza. Teraz mógłbym sięgnąć bez mrugnięcia okiem po „Quo Vadis”, „Ogniem i mieczem”, „Pana Tadeusza” itd. (nie, na czytanie opisów przyrody w „Nad Niemnem” nadal nie mam ochoty. Na razie ;) ). Z lekturami radziłem sobie bardzo prosto — 3-4 różne opracowania dostępne na rynku zwykle pozwalały mi zapoznać się z materiałem na tyle, żeby zmylić nauczycielkę. Niestety wszystko odbiło się później na mojej maturze ustnej z polskiego. Dlatego radzę czytać. Nie, nie bryki ale lektury.

Kiedy zniknął element przymusu czytanie szło mi o wiele sprawniej. Sapkowski czytany za kasą w EMPiK-u, kiedy dyżur przypadał na dziale książki. Pierwsze 5 tomów „Świata dysku” Pratchetta pochłonięte przez półtora tygodnia itd. Ważne było to, że to ja sam decydowałem co będę czytał i kiedy. Nikt mnie nie poganiał, nie straszył terminami. Pełna wolność.

Niestety muszę przyznać za Riddlem: nie mam czasu na czytanie. I to nie dlatego, że spędzam jego 80% w sieci na przeglądaniu wiadomości, blogów, artykułów czy tutoriali. Coś się z tym czasem stało, że jest go mniej. Jako osoba związana z Internetem muszę być na bieżąco. Jest to medium tak dynamicznie się rozwijające, że tydzień lenistwa kosztuje mnie bardzo wiele. Nie jestem w stanie ogarnąć wszystkiego, co bym chciał, chociażby ze względu na to, że oprócz pracy mam też rodzinę, której nie wypada zaniedbywać. Dlatego najczęściej ślęczę przed komputerem po nocach, kiedy już wszyscy śpią. Rano zrywam się po 3-4 godzinach snu i pędzę do pracy. Czas dojazdu spędzam właśnie na czytaniu, bo szkoda mi tych 30-40 minut. Nawet kiedy idę na przystanek, czy od jednego do drugiego sklepu, to najczęściej mam przed sobą książkę. Może to śmiesznie wygląda, ale nie dbam o to, co myślą inni.

Owszem, są tacy ludzie, którzy zamiast przeczytać dobrą książkę wolą poczekać na jej ekranizację, choćby szczerbizmy i jacksonizmy wylewały się z niej litrami. Znam też takich, co czytają, ale za stratę czasu uważają powrót do tej samej książki po latach (co dziwne, obejrzenie drugi raz tego samego filmu to u nich normalne). Ja z chęcią wracam do książek już raz przeczytanych. Pierwsze tomy Sapkowskiego czy Pratchett to pozycje, które chętnie czytam nawet po raz n-ty. Jest też jedna książka, którą podobno wypada przeczytać raz na siedem lat, bo ponoć zupełnie inaczej się ją wtedy odbiera. Jaka? „Mały książę”. Sami sprawdźcie. :)

Jak dużo czytam? Tutaj można znaleźć mniej więcej to, co przeczytałem od początku roku. Nie jest tego dużo. Ale czytam praktycznie tylko w drodze do i z pracy, więc jestem częściowo usprawiedliwiony. Dorzućcie do tego jeszcze kilka śledzonych blogów, artykuły w gazetach codziennych (najczęściej te rozdawane rankiem na przystankach) i czasopismach technicznych (obecnie 3-4 regularnie) i wychodzi, że spędzam na czytaniu całkiem sporo czasu, którego i tak nie mam za dużo. Tych, których ciekawi moja szybkość czytania nie będę trzymał w niepewności: to 400-600 słów na minutę w zależności od tekstu. Nie jest źle, ale mogło by być lepiej.

Wypadałoby teraz wspomnieć słowo na temat czytania najmłodszym. Pomimo szeroko zakrojonej akcji „Cała Polska czyta dzieciom” jakoś wątpię, żeby nagle wszyscy rodzice ruszyli na hurra! do księgarń i bibliotek. Po co, kiedy wygodniej kupić książkę na kasecie i niech sobie dzieciak posłucha. A może w ogóle po co mu książki? Włączmy Cartoon Network i niech ogląda. Będziemy mieli spokój. Niestety taka postawa jest obecna w wielu rodzinach. Po prostu ludziom się nie chce i/lub nie mają czasu, żeby usiąść wieczorem na 15-20 minut z dzieckiem i mu przeczytać.

U nas jest inaczej. Starszy syn ma czytane co wieczór. I nie są to bajki o sierotce co ma rysia czy o komunistycznych mieszkańcach runa leśnego. Michał chce mieć czytane o zwierzętach, które żyły w Triasie, o tym jak odżywia się pantofelek, czy jaki tryb życia prowadzi agama brodata. Ulubioną lekturą jest natomiast atlas owadów. To są zainteresowania 5-latka. Drobny szczegół, że ja mam umysł matematyczny a Villi humanistyczny, jakoś nam nie przeszkadza w zgłębianiu tajemnic podmorskich światów. Wprost przeciwnie — nasza wiedza w tym zakresie zwiększyła się ostatnio kilkakrotnie.

I tu dochodzimy do sedna sprawy: co nam dają książki? Wiedzę. Książki to nieprzebrana skarbnica wiedzy. Ktoś zaraz powie, że Internet też jest nieprzebrany. Tylko istnieje dość subtelna różnica między wiedzą zebraną w Internecie a tą dostępną w książkach. W sieci może pisać każdy, o wszystkim i niekoniecznie na temat. Znalezienie konkretnej i wartościowej rzeczy w tym bagnie informacyjnym coraz częściej graniczy z cudem. Natomiast żeby napisać dobrą książkę, czytaną później przez tysiące ludzi, trzeba się już wykazać. Pomijam przypadki pismactwa i pisania bzdur pod publikę. Zasada jednak pozostaje.

Poziom czytelnictwa najlepiej oddaje właśnie Internet. Nie ma dnia ani godziny spędzonej w sieci, w której nie natknął bym się na rażące błędy ortograficzne czy stylistyczne. Nie twierdzę, że sam piszę hiperpoprawnie. Ale to, co obserwuję na blogach, grupach dyskusyjnych, portalach czy nawet w samych artykułach pisanych przez „dziennikarzy” przedstawia naprawdę niski poziom. A wystarczyło by, żeby trochę poczytać i opatrzyć się z językiem. Ale po co, kiedy łatwiej zasłonić się dysleksją, dysortografią czy innym dysmózgowiem (w wielu przypadkach). Niestety to się potem udziela i po dłuższym czasie spędzonym na blogach czy grupach łapię się na tym, że zastanawiam się nad pisownią słowa „bieżący”.

Gdzie tkwi problem? Kto jest odpowiedzialny za taki stan rzeczy? W większości my sami. Bo jesteśmy zbyt leniwi, żeby się przejść do biblioteki czy księgarni. Przecież Internet jest tak blisko. O, wystarczy tu kliknąć i PYK! — już jest. Rodzice też przykładu dobrego nie dają. Nie mają czasu na czytanie, bo gonią za pieniądzem. Ba! Oni nawet nie mają czasu dla swoich dzieci. A te po książki sięgają tylko z przymusu, jak mają napisać wypracowanie.W którym zresztą roi się od błędów, bo rodzice zamiast zachęcić do czytania, załatwiają papierek od psychologa. Bo tak jest łatwiej.

Może więc to, że ludzie się na mnie gapią kiedy czytam w drodze na przystanek nie jest spowodowane tym, że czytam idąc, ale tym, że w rękach trzymam jakiś dziwny przedmiot z papieru, który w dodatku potrafi mnie rozśmieszyć, zasmucić czy też wywołać inne emocje na mojej twarzy?

Poprzedni wpis:
Poznań Firefoksa!
Następny wpis:
Zlot Firefoksa.

Ostatni odwiedzający:

Komentarze do notki A może jednak przeczytacie?

  1. Krystek powiedział(a):

    Ciekawe imię, Villi...

  2. Yano powiedział(a):

    Villi to ksywka mojej żony. Po prostu poznaliśmy się w sieci i dość często mówimy do siebie swoimi nickami. ;)

  3. Krystek powiedział(a):

    Acha. No to kolejni co się w Sieci poznali. Zastanawiam się, czy warto wejść w Sieć i poznać kogoś "na poważnie", ale z drugiej strony wiem też, że w 'realu' nie mam szans. Internet pozwala odsłonić inne atuty...

  4. Yano powiedział(a):

    Kolejni? Raczej jedni z tych pierwszych. ;) Może kiedyś na ten temat coś napiszę.

  5. zx powiedział(a):

    Cóż... jakby nie patrzeć czytam dużo. Czytałbym jeszcze więcej, gdyby nie brak funduszy. Kiedy? Po nocach właśnie. Wtedy dookoła panuje cisza, w której hałas nie jest w stanie wyrwać mnie ze świata przedstawionego w powieści. Mówią, że zawężanie się do jednej dziedziny (tu akurat książkowej) nie jest dobre - ba, jest złe. A ja trawię tylko fantasy (choć nie mówię, że unikam panicznie wszystkiego innego).

    Czytanie 'czegoś poważniejszego' ma jeszcze jedną zaletę - zaczyna się piękniej mówić...

    I jeszcze coś dodam na koniec. Czytanie wcale nie poprawia 'pisowności' - przykładem ja sam, który literek nie widzi, bo czytając przemykają mi przez myśli obrazy. I 'opatrzenia' z tekstem pisanym brak. Bez Worda nie raz zdarza mi się napisać jakiś prosty wyraz z błędem.

  6. lkj powiedział(a):

    oliwia

Zostaw komentarz

Komentarze nie mające związku z tematem wpisu mogą (ale nie muszą) zostać usunięte. Bezwzględnie będą usuwane komentarze obraźliwe, wulgarne czy reklamowe (także w stylu onet.blog).

W komentarzach możesz korzystać z Markdown.

yano is proudly powered by Jogger | RSS | Design by Ian Main, ported by Patryk Zawadzki.