Nieruchomości - kupno, sprzedaż, wynajem. Citymark

yano78@jabber.org

22 lutego 2006, 13:08:34

Mks_vir vs. ArcaVir

Wpis na 1. poziomie

Od jakiegoś czasu obserwuję z zaciekawieniem (choć nieco z boku) sytuację firmy MKS. Na temat wydarzeń, które miały miejsce mam dość wyrobione zdanie, którego chwilowo tutaj nie zdradzę. Powiem tylko tyle, że przeczuwałem iż prędzej czy później dojdzie do bezpardonowej walki o dorobek Marka Sella.

Natomiast wpisem tym chcę zapowiedzieć dość wnikliwą analizę nowej wersji programu ArcaVir, który to miałem przyjemność (?) dzisiaj instalować i konfigurować. Zaznaczam, że będę czepialski i upierdliwy aż do bólu, bo nieco innych rozwiązań spodziewałem się po firmie, na której ciążą oskarżenia o kradzież kodu źródłowego. Ale póki co sza. Idę testować i spisywać spostrzeżenia.

Aha, warto jeszcze wspomnieć, że z racji niewielkiego zaplecza wirusowego ograniczę się do testów ergonomii, która jest nie mniej ważna od skuteczności programu.

14 lutego 2006, 01:54:33

Naciągnąć szpital, czyli o służbie zdrowia słów kilka

Wpis na 0. poziomie

Młodszy syn znowu wylądował w szpitalu. Oczywiście wraz z nim jest tam Villi. O warunkach szpitalnych dla matki z dzieckiem się rozpisywać nie będę, bo naprawdę nie ma o czym. Dość powiedzieć, że na przestrzeni raptem 10m² przewidziane jest miejsce dla trojga dzieci i ich opiekunów. Opiekunowie do swojej dyspozycji mają plastikowe krzesełko mające im w nocy służyć także do spania, szafę (tudzież szafeczkę) oraz stolik (a i to nie wszędzie). Przytulnie, prawda? To już chyba w więzieniach mają luźniej.

A czemu piszę o naciąganiu szpitala? Wczoraj się dowiedzieliśmy, że w szpitalu nie wolno ładować komórek czy korzystać z przenośnych komputerów. Zakłócają pracę sprzętu medycznego? Skądże! Otóż ładowarki do telefonów komórkowych czy zasilacze laptopów pobierają ogromne ilości prądu i stąd te ograniczenia. Podobno nawet jedna z pielęgniarek miała płacić szpitalne rachunki bo na swojej zmianie nie upilnowała gniazdek elektrycznych. Natomiast „nawał pracy” i „zamieszanie podczas przyjęć” jest dostatecznym powodem, żeby nie upilnować godzin podawania antybiotyku, przez co dziecku przepadła jedna z dawek leku. Ot, taka nasza służba zdrowia.

Jeszcze kilka ciekawostek szpitalnych:

  • w sąsiedniej sali na suficie przy oknie rośnie sobie przepiękny okaz grzyba. Widocznie to jakaś lokalna hodowla penicyliny. Przy leczonych tam m.in. chorobach układu oddechowego taki grzybek jest jak znalazł.
  • wszędzie wiszą kartki z informacją o obowiązkowej szatni. Wczoraj w szatni odbiłem się od ściany dymu papierosowego. Czy ktoś zaryzykuje pozostawienie odzieży w takim miejscu?
  • na oddziałach szaleje jakiś rotawirus, skutecznie kładąc co chwilę do łóżka (a raczej sadzając na toalecie) kolejnych rodziców i dzieci.
  • pokoje z chorymi posiadają drzwi, które winny być zamknięte, aby ograniczyć rozprzestrzenianie się chorób. Mimo to przez cały czas po korytarzu łażą rodzice z dziećmi za rękę, na rękach itd. Pokoje oczywiście pozostają otwarte. Nikt nikomu nie zwraca uwagi, mimo szalejącego wirusa.
  • sprzątaczka goni ścierą za przekroczenie progu oddziału bez ochraniaczy na buty. Ochraniacze dostępne są za złotówkę. W jednym rozmiarze. Przy zimowym obuwiu nr 46, jakie nosi autor tego tekstu, założenie w całości ochraniacza stanowi nie lada wyczyn. A w pokoju chorych podłoga lepi się od brudu zalegającego tam przynajmniej kilka tygodni.
  • inna sprzątaczka rozładowuje atmosferę jakże adekwatnym do sytuacji tekstem na bluzie: „Wrzuć na luz”. Wredny jestem — nie wrzucę. :]
  • lekarz dyżurny zawsze jest na drugim oddziale. Na prośbę o kontakt z lekarzem pielęgniarki informują, że „zaraz przyjdzie”. Po kilku minutach przychodzi piguła, twierdząc, że „konsultowała się telefonicznie i dobrze wie co ma zrobić”.
  • matka (opiekun) jest dość stanowczo wypraszana z pokoju zabiegowego przy wszelkich czynnościach przy dziecku (założenie lub zmiana wenflonu, zmiana opatrunku itp.) Trzeba się postawić, żeby zobaczyć wielce niezadowoloną minę pielęgniarki i usłyszeć: „skoro pani już musi”.
  • przy wyraźnym poleceniu, że wenflon ma być umieszczony na główce dziecka (praktyka pokazuje, że jest to najlepsze miejsce, choć wygląda cokolwiek makabrycznie) pielęgniarki sprawdzają po kolei wszystkie kończyny, żeby się przekonać, że wkłucie się w żyłę na rączce czy nóżce jest niemożliwe. „Trzeba było jednak posłuchać mamy” — pada na koniec wizyty w zabiegowym. Mój syn wygląda jak narkoman lub po zabawie z kaktusem tudzież jeżem.

Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie napisał też kilku dobrych słów o tych kobietach, które się jednak starają. Będzie tego naprawdę niewiele zważywszy, że jakiś standard obsługi w szpitalu być powinien:

  • można z powodzeniem udać zagubionego tatę, żeby pielęgniarka przygotowała dziecku posiłek. Jest to szczególnie pomocne przy delikwencie głośno akcentującym swój sprzeciw na fakt położenia go głodnego do łóżeczka na czas podgrzewania przygotowanego wcześniej mleka.
  • można dziecku podać antybiotyk dożylnie czy podłączyć kroplówkę (przypominam: wenflon w główce) na tyle delikatnie, żeby maluszek się nie obudził.

No i chyba najważniejsze — to nie są fragmenty scenariusza kolejnych odcinków „Szpitalu na perypetiach”. To wszystko (a nawet jeszcze więcej) mogą obejrzeć mali pacjenci (i ich opiekunowie) w jak najbardziej realnym miejscu. Mowa o Specjalistycznym Zespole Opieki Zdrowotnej nad Matką i Dzieckiem w Poznaniu przy ul. Krysiewicza, a dokładniej o jego oddziale przy ul. Nowowiejskiego. W tych okolicznościach słowo „specjalistyczny” nabiera nowego znaczenia. Całe szczęście, że syn z racji swojego wieku nie będzie pamiętał przez co przeszedł.

07 lutego 2006, 23:23:52

Photoshop czy GIMP?

Wpis na 1. poziomie

Na DI można przeczytać artykuł Linkusowi trzeba… Photoshopa poruszający dość wrażliwą (i drażliwą) kwestię różnic i podobieństw pomiędzy dwoma wymienionymi w tytule programami. Początkowo chciałem dopisać swoje 3 grosze, ale zbyt się rozrosły. Zaprezentuję więc swoje zdanie na ten temat w formie kolejnej notki. Wypada zaznaczyć, że jestem użytkownikiem aplikacji ze stajni Adobe od mniej więcej 9 lat.

Większość z Was doskonale wie czym jest Photoshop oraz GIMP. Ten drugi jest często wymieniany jako odpowiednik tego pierwszego na platformy linuksowe. Uważam takie porównanie za wysoce krzywdzące. I to zarówno dla jednej jak i drugiej strony. Czemu? Po pierwsze, osoba mająca jako takie obycie z PS będzie (zachęcona całą masą bywalców grup dyskusyjnych i różnej maści forów) upatrywać w GIMP-ie jego klona. Jest to oczywiście całkowicie błędne rozumowanie i ci, którzy takiego porównania dokonują robią GIMP-owi całkiem niedźwiedzią przysługę. Z drugiej strony, osoba obeznana z GIMP-em na pewno się pogubi w interfejsie Photoshopa i w mnogości opcji czy skrótów. Obie aplikacje kierują się zupełnie inna filozofią w rozwiązaniu tego pozornie prostego problemu — edycji zdjęć czy tworzenia grafiki.

Pozwolę sobie teraz zacytować kilka fragmentów wspomnianego artykułu i opatrzyć je moim osobistym komentarzem.

Poprosiłem kilku znajomych grafików o notowanie w czasie pracy jakich funkcji programu używają. Po analizie zebranych danych okazało się, że żadna z nich nie była dostępna wyłącznie w Photoshopie.

Nie chodzi to o to, czy dana funkcja jest w programie dostępna, czy nie. Ważniejszy jest prosty i intuicyjny do niej dostęp.

Do GIMPa może zniechęcać interfejs. Wielu osobom nie pasuje to, że każdy obrazek obrabia się w GIMPie w osobnym oknie. Trudno powiedzieć, czy jest to rzeczywiste gorsze rozwiązanie. Z całą pewnością ludzie wyszkoleni na Photoshopie nie są do tego przyzwyczajeni.

Wydaje mi się, że autor tych słów nie miał okazji popracować dłużej na platformie Mac, gdzie większość aplikacji posiada taki „przezroczysty” interfejs. Tam Photoshop też ma kilka okienek porozrzucanych na pulpicie. Jedynie menu programu jest jedno, wyświetlane na pasku zadań a nie jak w przypadku GIMP-a — każde okienko ma swój osobisty pasek.

Wiele funkcji GIMPa nie jest łatwo dostępnych przez menu. Niektóre z nich można uzyskać tylko za pomocą odpowiedniego skrótu klawiszowego. Dla osób znających program to żadna przeszkoda, ale osoby przyzwyczajone do PS - które po raz pierwszy stykają się z GIMPem - uznają to za utrudnienie, albo dochodzą do wniosku, że tych funkcji po prostu w programie nie ma.

Zachęcam autora do zapoznania się z zestawieniem skrótów dla PS. Praktycznie większość kombinacji klawiszy ma w PS przypisaną jakąś funkcję. Nie wiem czy jestem w stanie wymienić chociażby połowy z nich, ale nie wyobrażam sobie pracy w tym programie bez znajomości przynajmniej kilkudziesięciu. Śmiem twierdzić, że GIMP nie posiada tak rozbudowanej klawiszologii.

I właśnie to może się okazać barierą nie do pokonania dla użytkowników PS. Mając w małym palcu te kilkadziesiąt najczęściej używanych skrótów (na czele ze spacją, która ma bardzo pożyteczną funkcję w PS) możemy mieć trudności w ponownym sięganiu do menu programu w celu wykonania najprostrzych operacji.

Wiele osób krytykujących ten otwarty program opiera swoje spostrzeżenia na wersji 1.x. Wersja 2.0 jest o wiele bardziej zaawansowana, a 2.4 to już naprawdę ogromny skok do przodu.

Zgodzę się, że wersja 2.0 jest o niebo lepsza od 1.x. Mimo to GIMP nadal nie zaskarbił sobie mojego uznania. Przy okazji — skąd autor wykombinował wersję 2.4, kiedy na oficjalnym serwerze leży ledwie 2.3.6 oznaczona jako Development Release? Bo przecież zwykły użytkownik nie będzie kompilował wersji z CVS do celów podrasowania zdjęcia babci czy kotka… ;)

Korzystając z GIMPa użytkownik powinien mieć pod ręką jakąś instrukcję. GIMP nie jest Photoshopem - to inny program, którego trzeba się nauczyć praktycznie od nowa. Tymczasem traktowany jest z góry jak dokładny klon.

Po raz kolejny się zgodzę. Z jednym malutki wyjątkiem — do Photoshopa też potrzebna jest instrukcja. Albo dobry nauczyciel, który pokaże nam jak zacząć. Jednak uważam, że dla początkującego użytkownika interfejs PS jest o wiele bardziej przystępny i intuicyjny. Być może jest to subiektywne odczucie „starego wyjadacza”, ale z mojej obserwacji zachowań ludzi, ktorzy pierwszy raz zetknęli się z jedną i drugą aplikacją jasno wynika, że lepiej sobie radzą z Photoshopem.

Pozostaje jeszcze kwestia edukacji użytkowników. Najczęściej podręczniki do grafiki komputerowej, czy obróbki zdjęć to jednocześnie podręczniki do PS.

Najczęściej, choć nie zawsze. Wynika to z prostego faktu, że autorzy książek sięgają po najlepiej znaną sobie aplikację, którą zwykle jest Photoshop. A to z racji tego, że pewnie sami na nim pracują. Widać też, że użytkownicy GIMP-a nie widzą potrzeby pisania o nim książek wychodząc z założenia, że każdy może sobie poczytać samouczki w Internecie. Niestety nie przysparza to wielu nowych użytkowników.

Nadal jednak dziwi fakt, że ta darmowa (a to też istotne) alternatywa dla PS nie może się zaadaptować choćby wśród użytkowników domowych, którzy często wolą nabyć pirackiego PS, niż uczciwie pobrać z sieci darmowego GIMPa.

Chociażby właśnie dlatego, że firmy pracują na oprogramowaniu komercyjnym. Oczywiście pracodawca byłby zadowolony, gdyby nowy pracownik okazał się ekspertem w programie, do którego nie trzeba wykupywać drogiej licencji. Ale co ma zrobić pracownik, który przychodzi do studia, gdzie wszyscy pracują pod jednym programem, którego on akurat nie zna? Oczywiście nie pochwalam piractwa, ale w tym wypadku działa ono jak najbardziej na korzyść firmy Adobe — kto z Was, drodzy czytelnicy, uczył się obsługi Photoshopa na w pełni legalnej wersji? ;)

Pewien mój znajomy grafik ma na komputerze dwa systemy. Jak sam twierdzi: "potrzebuje Windowsa tylko do Photoshopa".

I to jest niestety prawda. Nie przekonują mnie komentarze, że PS świetnie działa pod WINE. PS serii CS ma dość duże wymagania sprzętowe i nie uśmiecha mi się zużywanie części zasobów na tryb emulacji. Pomijam już drobny fakt, że kupując PS w jakimkolwiek pakiecie dostajemy potężny zbiór narzędzi współpracujących ze sobą, a taka współpraca nie jest możliwa w emulowanym środowisku. Poza tym przypomina to trochę niesławną kratkę w samochodach osobowych rejestrowanych na firmę jako dostawcze.

Czy więc GIMP ma szanse na dogonienie produktu Adobe?

Nie. Dlatego, że (jak napisałem na początku) GIMP nie powstał jako klon Photoshopa, ale jako samodzielna aplikacja realizująca określony cel. To już nie jest OpenOffice naśladujący pakiet Microsoftu. Jest to alternatywa dla innych tego typu aplikacji, z których oprócz Photoshopa można wymienić też Corel Photo Paint, czy (do niedawna) Paint Shop Pro.

Odwieczna walka pomiedzy zwolennikami obu aplikacji przypomina inne tego typu: „Windows czy Linux?”, „Vim czy emacs?” itd. I tak samo jak tam, nie można udzielić jednoznacznej odpowiedzi, który z dwóch rywalizujących programów jest lepszy. Każdy musi sam ocenić, gdzie czuje się lepiej. Czy bardziej mu odpowiada wielookienkowe środowisko otwartego GIMP-a, czy woli przebogate skróty i mnogość samouczków do komercyjnego Photoshopa.

Na koniec mała sugestia — jeśli jeszcze nie miałeś do czynienia z żadną z omawianych tu aplikacji i stoisz przed dylematem co wybrać, powiem wprost: GIMP. Jest to naprawdę dobry program i do zdecydowanej większości domowych zastosowań wystarczy. A przede wszystkim jest darmowy. Jeśli sięgniesz po Photoshopa i przyzwyczaisz się do jego filozofi działania bardzo trudno Ci będzie się potem przesiąść na jakąkolwiek inną aplikację. Natomiast jeśli zamierzasz z zabawy w grafika uczynić w przyszłości źródło swoich dochodów, to Photoshop jest wg mnie lepszym rozwiązaniem. Niestety musisz liczyć się wtedy z dość sporym wydatkiem rzędu 3-4 tys. złotych na początek albo ryzykować z wersją piracką. Jednak jeśli zdobędziesz wprawę w posługiwaniu się PS-em a na dodatek będziesz potrafił wykorzystać w pełni jego możliwości, to gwarantuję, że z głodu nie umrzesz a i będzie Cię stać na kolejne wersje. ;)

05 lutego 2006, 23:23:43

This feed is not valid!

Wpis na 0. poziomie

Już mam dość. Po raz kolejny jakiś matołek rozwalił RSS strony głównej Joggera. Teoretycznie o poprawność kanału powinien zadbać sam system (sparrow, to do Ciebie ;) ) i pozamieniać wszelkie brzydkie znaczki na odpowiednie encje. Jednak z drugiej strony wiadomo nie od dziś, że są pewne znaki, które parser XML traktuje w specyficzny sposób. W większości przypadków jest ich tak niewiele, że można się ich nauczyć w przerwie pomiędzy opuszczeniem deski klozetowej a spuszczeniem wody. Więc bądźcie łaskawi, do jasnej cholery, przyswoić sobie przynajmniej poniższą tabelkę:

Jak mam napisać:
ChcęWpisuję
&&
<&lt;
>&gt;

To są 3 podstawowe znaki, które w języku (X)HTML mają specjalne znaczenie. Jednocześnie błędnie zapisane (nie jako encje) są najczęstszą przyczyną wykładania się wszelakich parserów. Jestem nawet skłonny zaryzykować stwierdzenie, że całkiem spora liczba stron mogłaby spokojnie wstawić sobie znaczek „Valid HTML” (pomijając już kwestię przydatności takiego znaczka) gdyby tylko webmaster poprawnie zakodował występujące w tekście (a także w odnośnikach!) znaki &.

Zastrzegam sobie prawo do reedycji tego wpisu jeśli kolejny ludzik użyje jakiegoś śmiesznego znaczka w tytule swojej notki.

01 lutego 2006, 01:43:40

Ach, ta TPSA

Wpis na 1. poziomie

Jakiś czas temu wspominałem o dwóch promocjach Neostrady. W skrócie: 1) abonenci opcji 128 mieli możliwość przejścia na opcję 256 przy zachowaniu dotychczasowego abonamentu lub 2) mieli mieć stopniowo włączaną opcję 256 i testować ją do końca stycznia 2006 a następnie zadecydować, czy wracają do 128, czy zostają na 256 (na podobnych warunkach jak w pierwszej promocji). Wczoraj minął ostatni dzień obu promocji. Chcąc z niej skorzystać wykonałem całą masę telefonów oraz jechałem do POK-u w celu podpisania aneksu. Niestety z powodu „Internal Server Error” aneksu nie podpisałem. Jednak Pani była na tyle miła, że obiecała „zająć się to sprawą, a sama promocja została nieco przedłużona, więc nie wszystko stracone”.

Po powrocie do domu odwiedziłem panel administracyjny Neostrady. Ku mojej uciesze dodano możliwość zmiany opcji online, z której oczywiście postanowiłem skorzystać. Kubeł zimnej wody stał tuż nad ostatnimi drzwiami, gdyż po przeklikaniu się przez różne formularze, umowy i cenniki dostawałem komunikat „B39d Nieprawidłowe wywołanie adresu”. Po kilku nieudanych próbach coś mnie tknęło i skorzystałem z alternatywnej przeglądarki (w moim wypadku to IE w wersji wyjątkowo 7). I jak za dotknięciem magicznej różdżki udało się dotrzeć do końca. Niestety zegar wskazywał godzinę 0:31, czyli już po upływie pierwotnego terminu promocji.

Szybki telefon na BL rozwiał wszelkie moje obawy — promocja rzeczywiście została przedłużona do połowy kwietnia, a tym, którzy dostali w prezencie 256kbps prędkość będzie sukcesywnie (a nie z dniem 1 lutego) zmniejszana do 128kbps. Przy okazji: pracownicy o przedłużeniu promocji dowiedzieli się raptem dzień wcześniej, ale to i tak jeszcze nic, bo czasem dopiero w reklamie TV dowiadują się o promocjach. Ech, nie ma to jak solidna firma. ;)

yano's jog is proudly powered by Jogger | RSS | Design by Ian Main, ported by Patryk Zawadzki.