03 marca 2006, 02:44:04
Nowy edytor
Na początek małe oświadczenie. Poniższy opis prezentuje moje (i tylko moje) subiektywne odczucia. Jeśli się z czymś nie zgadzasz to dobrze — znaczy, że autorzy omawianego dzieła mają szansę na wielką karierę. Jeśli natomiast jesteś skłonny się pod tym podpisać, to źle. Bo świadczy to o tym, że autorzy strony (i programu) popełnili bardzo poważny błąd, który może ich sporo kosztować. A teraz zapraszam do lektury.
Ci, którzy zajmują się edycją stron, zapewne spotkali się (choćby przelotnie) z edytorem EdHTML. Miał kilka ciekawych funkcji, ale też kilka wad, które czyniły go mało użytecznym w moich oczach. Ale dla osób bez przyzwyczajeń nadawał się idealnie. No i był bezpłatny, co też nie jest bez znaczenia. Otóż autor tego edytora niedawno wypuścił na świat swoje nowe dziecko. Tym razem program jest już płatny, choć cena nie jest wygórowana — 49,00zł za wersję OEM. Mowa o CoreEditor.
Chwilowo nie będę się wypowiadał na temat funkcjonalności programu, ale zatrzymam się tam, gdzie sam twórca postawił mi kilka barier — na stronie edytora, która bądź co bądź jest (powinna być) jego najlepszą wizytówką. Czy spełnia to zadanie?
Strona na pierwszy rzut oka prezentuje się czysto, schludnie i przejrzyście. Ale to tylko pierwsze wrażenie, bo tuż po rzucie okiem, w oczy rzuca się nam flash z jeżdżącym menu, które jest cokolwiek irytujące. Szczególnie gdy wejdziemy na dalsze strony serwisu, gdzie zostało ono ścieśnione w wąskim pasku i skacze góra-dół przyprawiając o zawroty głowy.
Na kolejnych podstronach ponad połowę miejsca zajmuje ciemna grafika, na tle której umieszczono ciemnoszare napisy. Wzrok mam dobry, ale obawiam się, że przy takim zestawieniu kolorów to długo nie potrwa. Na uwagę zasługuje fakt, że wspomniany obrazek ma prawie 100KB, a na praktycznie każdej podstronie znajduje się jego inna wersja. Rozumiem, że szybkie łącza i tak dalej, ale 100K to raczej zdjęcia w galerii mieć powinny a nie ozdobniki.
Podczas nawigacji strona skacze nam to na górę, to na dół. A to za sprawą kotwic (#), których użył autor strony aby oszczędzić gościom oglądania tego przerośniętego flashowego menu. Z kolejnych ciekawostek należy wymienić przycisk „rozwiń menu”, który… no co robi? Oczywiście zwija menu. Jakże to intuicyjne. Ale za to jak zwiniemy, to możemy je sobie rozwinąć i wtedy jest OK.
No dobrze. Wiemy już, że nawigacja po stronie ssie niczym odkurzacz przemysłowy. Zajmijmy się zawartością merytoryczną serwisu.
Jak osoba zainteresowana możliwościami CoreEditora kliknąłem oczywiście w przycisk „Więcej…” pod obrazkiem pudełka. Zamiast spodziewanej listy dostałem tabelkę przedstawiającą w nowatorski sposób główne funkcje programu. Zaraz ktoś zapyta „czemu nowatorski?” A temu, że po każdym przeładowaniu strony edytor „zmienia” swoje możliwości. Raz posiada dynamiczny podgląd strony, innym razem próbnik kolorów itd. Żeby zapoznać się z kompletną listą trzeba kilka razy przeładować stronę. Nie wiem, co autor strony pił podczas pracy, ale powinni tego zakazać. Na szczęście przy zrzutach ekranowych autor odzyskał sprawność umysłu i przestał nam przestawiać klocki.
Nie zrażony ciągłym rzucaniem mi pod nogi coraz większych kłód, brnę dalej w to bagno użyteczności pragnąc dowiedzieć się czegoś więcej. Ponieważ naturalną koleją rzeczy jest chęć zapoznania się z programem osobiście udajemy się do działu „Download” (swoją drogą czemu po angielsku, skoro zarówno program jak i strona są po polsku? Tak Wam ciąży nasz język ojczysty?), by po chwili stać się posiadaczem DEMO programu. Jeszcze szybkie spojrzenie na warunki korzystania z wersji demonstracyjnej i… No nłaśnie. Program ma ograniczenia, co jest akurat jak najbardziej na miejscu. Zapłać — dostaniesz więcej. Nie na miejscu natomiast jest ograniczenie nie tylko czasowe (31 dni) ale też na liczbę uruchomień (100). W sumie 100 to całkiem dużo, ale niepokoi mnie myśl, że ktoś pójdzie jeszcze dalej i umożliwi testowanie np. tylko w parzystych godzinach, albo w inny równie błyskotliwy sposób (w środy i piątki od 15). O ile czasowe ograniczenie mi naprawdę nie przeszkadza, o tyle liczenie każdego uruchomienia szczególnie przy testach jest już przegięciem. Widać autor jest tak pewny swojego, że nie przewiduje zawieszania się swojej aplikacji przy różnych testach.
Skoro już przy licencjach jesteśmy warto też wspomnieć, że program można nabyć w kilku różnych wersjach. Mamy więc do dyspozycji licencję HOME, EDUCATIONAL, PROFESSIONAL i ENTERPRISE. Licencje HOME i EDUCATIONAL nie zezwalają na komercyjne użycie programu. Dodatkowo wersja edukacyjna może być zainstalowana na dowolnej liczbie maszyn i posiada możliwość aktualizacji programu na czas nieokreślony. Reszta będzie dostawać aktualizacje prze jeden rok, a wersja ENTERPRISE dodatkowo pozwala się zainstalować na dwóch stanowiskach. Jeśli więc chciałbym legalnie pracować na jednym edytorze zarówno w domu jak i w pracy (lub w drodze, na notebooku itp.), to jestem zmuszony do zakupu wersji ENTERPRISE lub dogadywania się w kwestii indywidualnych wymagań.
Zagadką pozostaje natomiast czym jeszcze różnią się owe licencje, bo nigdzie nie znalazłem opisu jakie funkcje dostępne są w poszczególnych wersjach. Mamy tylko enigmatyczne zapewnienie odblokowania kolejnych modułów niedostępnych w poprzednich licencjach. Czyli ruletkowy opis możliwości programu posiadał drugie dno — miał nas przygotować na niespodzianki związane z odkrywaniem, czy zakupiona przez nas licencja pozwala nam na dynamiczny podgląd i kolorowanie składni (itd.) czy nie. Super! Nauka, praca i zabawa w jednym. 
Kolejną zagadką jest cennik. Wiemy tylko o kosztach wersji OEM. Żeby dowiedzieć się cen innych licencji musimy dokonać rejestracji w serwisie, choć jeszcze nie wiemy, czy zaprezentowane warunki przypadną nam do gustu. Ot, wyciąganie na siłę adresów do bazy, żeby mieć potem kogo spamować. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie.
Na tym należałoby zakończyć przygodę z CoreEditorem. Jeśli program prezentuje się podobnie do strony, jest równie przyjazny w korzystaniu i posiada tyle samo niedomówień, to ja jednak pozostanę przy sprawdzonych rozwiązaniach. Na dodatek bezpłatnych. Oczywiście w wolnej chwili potestuję także samą apliakcję, ale mój zapał został skutecznie ochłodzony.
Tym, którzy dotrwali do końca tego nieszczęsnego wywodu proponuję małą zabawę. Kto z Was znajdzie więcej różnych znaczników w kodzie strony? Albo kto mi powie, co autor tego wiekopomnego dzieła wie na temat stosowania CSS i jego możliwości? Nagród nie przewiduję, ale jak komuś zależy to mam kilka zaproszeń na GMaila. 
Możesz przejść na koniec i zostawić komentarz lub umieścić trackback ze swojej strony.
Dysk Seagate ST34311A pilnie potrzebny! Następny wpis:
Punktacja Twojej strony

harnir powiedział(a):
03 marca 2006 o 12:02:51
Na zrzutach ekranowych interfejs prezentuje się... Eeee, nie będę obrzydzał. ;-) W każdym razie wg mnie najważniejsze okienko - z treścią tego co piszemy - ma 50% miejsca na ekranie, co jest dużą przesadą... Jeden, ewentualnie dwa paski narzędziowe powinny wystarczyć.
Maciek powiedział(a):
03 marca 2006 o 22:55:02
Nie wiem po co autor edytora pisze ze strona jest zgodna z XHTML 1.1 i walidator wysypuje 23 błędy przecież twórca takiego edytora to powinien wzór stanowićskoro piszę że edytor daj wsparcie dla XHTML.
, czy muszę jeszcze pościemniać
Ok już więcej nie wymyślam, dostanę zaproszenie
Karol Wierzchołowski powiedział(a):
04 marca 2006 o 12:11:59
No i dzięki Gooooooglowi autor programu trafił na ciekawą recenzę
Trochę smutno się czyta, ale każdy ma prawo wyrazić swoją opinię, nawet najbardziej krytyczną. Z chęcią bym bronił programu, ale nie wiem czy na tyle pozwoli to miejsce.
Natomias HOME, PROFESSIONAL i ENTERPRISE mają te same funkcje... no prawie. ENTERPRISE ma odblokowany moduł szyfrowania kodu PHP. Oprócz tego, są one równoważne. Tyle, że jedna.. użytek domowy, dwie komercyjny. Jedno stanowisko, dwa stanowiska. Odnośnie stanowisk... KAŻDY(!) program jak się kupuje to na ilość stanowisk. Więc nie wiem czemu autor recenzji się dziwi, że by zainstalować na domowym i w pracy musi kupić dwie licencje. Przecież to jest normalne. A licznik uruchomień... no cóż.. proszę zwrócić uwagę, że limit czasowy nie jest kontrolowany. Zapis znajduje się tylko w licencji. Zresztą, podobne rozwiązania są też w innych edytorach.
Chyba łatwiej jest coś WYŁĄCZYĆ niż szukać i włączyć (nie wiedząc czego szukać, bo nie wiedząc czy to jest). A w CoreEditorze można wyłączyć wszelkie okienka i paski zostawiając tylko to, z czego chcemy korzystać. A sam wygląd... jest standardowy. Zachęcam jednak do zajrzenia w ustawienia, gdzie można sobie włączyć np. styl pakietu Office (jeśli się komuś podoba).
Generalnie - adresów e-mail nie wykorzystujemy do spamu i żadnego takiego nie będziemy rozsyłać. Cennik jest już normalnie dostępny. W wersji DEMO blokowanych jest kilka funkcji, które wyświetlają się w okienku z informacją, że to demo
Ilość pasków narzędzi i okienek - hehe - gdyby domyślnie były ukryte ludzie by komentowali, że nic nie ma
No i najbardziej krytykowana strona WWW. To kwestia gustu, co się komu podoba. Jednakże mi się kolorystyka bardzo podoba. Widząc stronę już... dużo razy, wzrok mam nadal dobry. Zwijanie menu - nie ma to jak krytykować "opcję". Jak komuś menu się podoba.. ma rozwinięte; jak nie - zwija i już ono nie męczy. Czyli zadowalając dwie grupy użytkowników krzywdzimy autora recenzji.. bo on by chciał by było tylko po jego myśli, bez opcji dla innych gustów.
No to tyle.
Maciek powiedział(a):
04 marca 2006 o 13:38:55
Do Krola:
plis, plis
Strona budzi mieszane uczucia ponieważ nawigacja jest trochę dziwna ponieważ kilku znajomych jak na nią wchodziło to były zdezorientowane. Ja na 17" mam problemy z nawigacją przez te paski a menu, a pomyśl że ludzie mają jeszcze 15" (ok 20%).
Dostane zaproszenie
04 marca 2006 o 14:34:26
Cieszę się, że recenzja, choć krytyczna, mimo wszystko znalazła jakieś uznanie w oczach autora programu. I cieszę się też, że te kilka błędów, które wytknąłem zostały poprawione (nie wnikam, czy dzięki tej recenzji).
Dostałem w komentarzu kilka wyjaśnień, których wcześniej na próżno szukałem na stronie. A są to rzeczy, na które zwraca uwagę potencjalny klient.
Cennik rzeczywiście jest już dostępny i przyznam, że ceny prezentują się całkiem przystępnie. Co prawda jeszcze nie zagłębiłem się w testy samego programu, ale niebawem to uczynię. Jedynie musiałem chwilkę się zastanowić nad umiejscowieniem cennika — nie jako osobna opcja tylko w „Kup program”. Ale chyba może być.
Jeśli chodzi o licencję: całkiem sporo programów umożliwia legalną instalację kopii na drugim komputerze (domowym lub przenośnym). Warunkiem jest, że obie instalacje nie mogą pracować jednocześnie. I tak mogę zacząć projekt w pracy a następnie przynieść go do domu i dokończyć na tym samym programie w ramach jednej licencji. Podobnie jest chyba nawet z licencją na Windows (a przynajmniej było kiedyś) — jadę w teren, wyłączam komputer stacjonarny i zabieram notebooka z zainstalowanym Windows w ramach tej samej licencji co na stacjonarnym. Oczywiście pozostaje kwestia sprawdzenia, czy rzeczywiście w danym czasie nie pracują oba zainstalowane programy, ale pozostawmy to w sferze rozważań etycznych.
Samego programu jeszcze nie skrytykowałem, choć przyjrzałem się zrzutom ekranowym. Nie narzekam na „zawalony” interfejs, bo (podobnie jak autor) uważam, że użytkownikowi łatwiej jest coś wyłączyć, niż na dzień dobry szukać, jak coś włączyć. Zresztą docelowa grupa użytkowników programu powinna charakteryzować się jakąś inteligencją i nie będzie się męczyć z domyślnym interfejsem tylko dostosuje go do własnych potrzeb (osobie kodującej w HTML nie jest potrzebny np. panel z funkcjami PHP czy odwołaniami do bazy SQL).
I na koniec strona, którą (powiem szczerze) objechałem. Kolorystyka jest OK. Jak napisałem na początku — czysto, schludnie. To co mnie najbardziej boli, to nawigacja. Naprawdę na podstronach (mimo już którejś z kolei wizycie na stronie) gubię się w tym co robi to menu we flashu. Myślę, że można by to odrobinę lepiej rozwiązać. A przycisk „rozwiń menu”? Czepiam się, zresztą jak to mam w swoim zwyczaju.
Poza tym zalecenia specjalistów mówią, żeby nie zmuszać użytkownika do nadużywania przycisku „Wstecz” w przeglądarce. Tu, po wejściu na podstronę nagle znika mi główne menu (a pracuję w rozdzielczości 1600x1200) i chwilę mi zajmuje zrozumienie, że znajduję się w dolnej części strony. A co do flasha — przy mojej rozdzielczości te literki w menu są naprawdę maluśkie a zwykłe powiększenie tekstu na stronie nie obejmuje obiektów osadzonych. Do tego szary na szarym jakoś tak mało czytelny jest.
I na koniec — nikt mnie bezpośrednio nie krzywdzi. Staram się patrzeć na opisywany przedmiot z różnych punktów widzenia. Nie chwaląc się, mam pewne doświadczenie z ludźmi o różnych przywarach, przyzwyczajeniach czy niedoskonałościach i wszystko to uwzględniam w miarę możliwości.
04 marca 2006 o 14:37:43
@Maciek: Daj mi jakieś namiary na siebie, to Ci wyślę zaproszenie.
Karol Wierzchołowski powiedział(a):
04 marca 2006 o 15:24:45
Tzn. muszę przyznać, że jestem generalnie przeciwny flashowym bajerom. Nie lubię stron całych we flashu. Ale flash u nas na stronie bardzo mi się podoba, stąd został. Prawdą jest, że nawigacja po stronie jest trochę... niestandardowa. Ale właśnie tak bym to określił. To może i błąd... ale prezentuje się IMHO ciekawie. Postaramy się zrobić jakiś alternatywny sposób nawigacji, tak by można było po stronie nawigować bez używania tego menu.
Co do wielkość literek... hmm... może rzeczywiście użytkownik nie ma możliwości ich skalowania (jak tekstu). W "najczęstszych" rozdzielczościach - wielkości są OK. Opera ma np. funkcję skalowania strony, która odnosi się też do flasha. Więc i tutaj da się oglądać.
Także strona WWW posiada kilka mankamentów, które powoli są eliminowane.
Co do licencji... hmm... intencją było właśnie to o czym piszesz. Może źle zostało to sformułowane... a i zapis o którym mówisz trudny byłby przy sprawdzeniu. Użytkownik mógłby mieć kłopoty przy ewentualnej kontroli. Bo kiedy program jest używany na dwóch stanowiskach jednocześnie? Jak jest włączony? Czy z programu się po prostu korzysta - i nie chodzi o "moment" jego włączenia. Ale zobaczymy i ewentualnie sprecyzujemy.
Co do pasków narzędzi i menu, chciałbym pokreślić, że użytkownik może tworzyć własne te elementy, może nawet określić, które z nich i kiedy mają się pokazywać.
Dlatego zachęcam do zainstalowania i przetestowania programu. Tylko nie odrzucania go po pierwszym zerknięciu. Należy mieć na uwadze, że edytory wszystkie są i będą podobne. Właśnie po to, by łatwo byłoby się nimi posługiwać. Ale ważne jest to... w co one zostały wyposażone. A tego, w przypadku CoreEditora, nie sposób ocenić po jednym spojrzeniu.
Przykład: Mamy typowy dokument HTML. A w nim mamy np. coś takiego: <div id="n">coś tam</div>. Ustawiamy się kursorem w obrębie pierwszego znacznika <div> i wciskamy SHIFT+CTRL+S. Wstawia się blok stylów, w nim nowa reguła z selektorem #n. Definiując style widzimy w oknie Dynamiczne podpowiedzi podgląd wprowadzanych stylów. W podglądzie korzysta się z IE lub Mozilli po zainstalowaniu odpowiedniej kontrolki. I taka prosta funkcja, aczkolwiek bardzo użyteczna i rzadko spotykana, jest jedną z wielu w jakie CE został wyposażony... a nie widać jej na pierwszy rzut oka.