Wpis na 1. poziomie
Na początek małe oświadczenie. Poniższy opis prezentuje moje (i tylko moje) subiektywne odczucia. Jeśli się z czymś nie zgadzasz to dobrze — znaczy, że autorzy omawianego dzieła mają szansę na wielką karierę. Jeśli natomiast jesteś skłonny się pod tym podpisać, to źle. Bo świadczy to o tym, że autorzy strony (i programu) popełnili bardzo poważny błąd, który może ich sporo kosztować. A teraz zapraszam do lektury.
Ci, którzy zajmują się edycją stron, zapewne spotkali się (choćby przelotnie) z edytorem EdHTML. Miał kilka ciekawych funkcji, ale też kilka wad, które czyniły go mało użytecznym w moich oczach. Ale dla osób bez przyzwyczajeń nadawał się idealnie. No i był bezpłatny, co też nie jest bez znaczenia. Otóż autor tego edytora niedawno wypuścił na świat swoje nowe dziecko. Tym razem program jest już płatny, choć cena nie jest wygórowana — 49,00zł za wersję OEM. Mowa o CoreEditor.
Chwilowo nie będę się wypowiadał na temat funkcjonalności programu, ale zatrzymam się tam, gdzie sam twórca postawił mi kilka barier — na stronie edytora, która bądź co bądź jest (powinna być) jego najlepszą wizytówką. Czy spełnia to zadanie?
Strona na pierwszy rzut oka prezentuje się czysto, schludnie i przejrzyście. Ale to tylko pierwsze wrażenie, bo tuż po rzucie okiem, w oczy rzuca się nam flash z jeżdżącym menu, które jest cokolwiek irytujące. Szczególnie gdy wejdziemy na dalsze strony serwisu, gdzie zostało ono ścieśnione w wąskim pasku i skacze góra-dół przyprawiając o zawroty głowy.
Na kolejnych podstronach ponad połowę miejsca zajmuje ciemna grafika, na tle której umieszczono ciemnoszare napisy. Wzrok mam dobry, ale obawiam się, że przy takim zestawieniu kolorów to długo nie potrwa. Na uwagę zasługuje fakt, że wspomniany obrazek ma prawie 100KB, a na praktycznie każdej podstronie znajduje się jego inna wersja. Rozumiem, że szybkie łącza i tak dalej, ale 100K to raczej zdjęcia w galerii mieć powinny a nie ozdobniki.
Podczas nawigacji strona skacze nam to na górę, to na dół. A to za sprawą kotwic (#), których użył autor strony aby oszczędzić gościom oglądania tego przerośniętego flashowego menu. Z kolejnych ciekawostek należy wymienić przycisk „rozwiń menu”, który… no co robi? Oczywiście zwija menu. Jakże to intuicyjne. Ale za to jak zwiniemy, to możemy je sobie rozwinąć i wtedy jest OK.
No dobrze. Wiemy już, że nawigacja po stronie ssie niczym odkurzacz przemysłowy. Zajmijmy się zawartością merytoryczną serwisu.
Jak osoba zainteresowana możliwościami CoreEditora kliknąłem oczywiście w przycisk „Więcej…” pod obrazkiem pudełka. Zamiast spodziewanej listy dostałem tabelkę przedstawiającą w nowatorski sposób główne funkcje programu. Zaraz ktoś zapyta „czemu nowatorski?” A temu, że po każdym przeładowaniu strony edytor „zmienia” swoje możliwości. Raz posiada dynamiczny podgląd strony, innym razem próbnik kolorów itd. Żeby zapoznać się z kompletną listą trzeba kilka razy przeładować stronę. Nie wiem, co autor strony pił podczas pracy, ale powinni tego zakazać. Na szczęście przy zrzutach ekranowych autor odzyskał sprawność umysłu i przestał nam przestawiać klocki.
Nie zrażony ciągłym rzucaniem mi pod nogi coraz większych kłód, brnę dalej w to bagno użyteczności pragnąc dowiedzieć się czegoś więcej. Ponieważ naturalną koleją rzeczy jest chęć zapoznania się z programem osobiście udajemy się do działu „Download” (swoją drogą czemu po angielsku, skoro zarówno program jak i strona są po polsku? Tak Wam ciąży nasz język ojczysty?), by po chwili stać się posiadaczem DEMO programu. Jeszcze szybkie spojrzenie na warunki korzystania z wersji demonstracyjnej i… No nłaśnie. Program ma ograniczenia, co jest akurat jak najbardziej na miejscu. Zapłać — dostaniesz więcej. Nie na miejscu natomiast jest ograniczenie nie tylko czasowe (31 dni) ale też na liczbę uruchomień (100). W sumie 100 to całkiem dużo, ale niepokoi mnie myśl, że ktoś pójdzie jeszcze dalej i umożliwi testowanie np. tylko w parzystych godzinach, albo w inny równie błyskotliwy sposób (w środy i piątki od 15). O ile czasowe ograniczenie mi naprawdę nie przeszkadza, o tyle liczenie każdego uruchomienia szczególnie przy testach jest już przegięciem. Widać autor jest tak pewny swojego, że nie przewiduje zawieszania się swojej aplikacji przy różnych testach.
Skoro już przy licencjach jesteśmy warto też wspomnieć, że program można nabyć w kilku różnych wersjach. Mamy więc do dyspozycji licencję HOME, EDUCATIONAL, PROFESSIONAL i ENTERPRISE. Licencje HOME i EDUCATIONAL nie zezwalają na komercyjne użycie programu. Dodatkowo wersja edukacyjna może być zainstalowana na dowolnej liczbie maszyn i posiada możliwość aktualizacji programu na czas nieokreślony. Reszta będzie dostawać aktualizacje prze jeden rok, a wersja ENTERPRISE dodatkowo pozwala się zainstalować na dwóch stanowiskach. Jeśli więc chciałbym legalnie pracować na jednym edytorze zarówno w domu jak i w pracy (lub w drodze, na notebooku itp.), to jestem zmuszony do zakupu wersji ENTERPRISE lub dogadywania się w kwestii indywidualnych wymagań.
Zagadką pozostaje natomiast czym jeszcze różnią się owe licencje, bo nigdzie nie znalazłem opisu jakie funkcje dostępne są w poszczególnych wersjach. Mamy tylko enigmatyczne zapewnienie odblokowania kolejnych modułów niedostępnych w poprzednich licencjach. Czyli ruletkowy opis możliwości programu posiadał drugie dno — miał nas przygotować na niespodzianki związane z odkrywaniem, czy zakupiona przez nas licencja pozwala nam na dynamiczny podgląd i kolorowanie składni (itd.) czy nie. Super! Nauka, praca i zabawa w jednym. 
Kolejną zagadką jest cennik. Wiemy tylko o kosztach wersji OEM. Żeby dowiedzieć się cen innych licencji musimy dokonać rejestracji w serwisie, choć jeszcze nie wiemy, czy zaprezentowane warunki przypadną nam do gustu. Ot, wyciąganie na siłę adresów do bazy, żeby mieć potem kogo spamować. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie.
Na tym należałoby zakończyć przygodę z CoreEditorem. Jeśli program prezentuje się podobnie do strony, jest równie przyjazny w korzystaniu i posiada tyle samo niedomówień, to ja jednak pozostanę przy sprawdzonych rozwiązaniach. Na dodatek bezpłatnych. Oczywiście w wolnej chwili potestuję także samą apliakcję, ale mój zapał został skutecznie ochłodzony.
Tym, którzy dotrwali do końca tego nieszczęsnego wywodu proponuję małą zabawę. Kto z Was znajdzie więcej różnych znaczników w kodzie strony? Albo kto mi powie, co autor tego wiekopomnego dzieła wie na temat stosowania CSS i jego możliwości? Nagród nie przewiduję, ale jak komuś zależy to mam kilka zaproszeń na GMaila. 